Matatu w Kenii to tylko czyściec, podczas gdy tanzańska dalala (czyli miejscowy bus) to prawdziwe piekło. W drodze do granicy musieliśmy trzy razy zmieniać zaludnione busy. Dojechaliśmy do Sirari na granicy.
I nastał czas tęsknoty za Kenią. W tanzańskim samochodzie na 12 osób przez większość trasy jechało o dziesięć więcej. Gdy wchodziliśmy do dalala było już prawie pełne, odjechaliśmy dopiero 45 minut później, gdy przepełnienie sięgało zenitu.
Kilka słów o podróży. Kurczak cały czas gdacze i dziobie w plecy. Trzyletnie dziecko bawi się rozbabranym bananem na naszych spodniach i płacze wniebogłosy. Plastikowe miski pewnego pana wbijają się w szyję. Na kolanach trzymamy 20-kilowe bagaże, a o nie opierają się jeszcze dwie kobiety. Za plecami młoda mama karmi kilkumiesięczne dziecko, a starsza pani łupi kukurydze.
Nad głowami i pod nogami pasażerowie wiozą swój ekwipunek: całe kiści bananów, warzywa, miski i ubrania. Na koniec okazuje się, że i kierowca musiał zarobić na podróży. Na końcowym przystanku wyciągnął sześć kanistrów na paliwo, a z nich po kilka paczek papierosów.
Welcome to Tanzania!



