Piotr Sionko

Tanzania od podszewki

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

Trzy dni jechaliśmy do Dar es Salaam, największego miasta Tanzanii. Pokonaliśmy całe państwo wszerz, od granicy do granicy.

Już w Mwanzie z naszego jeepa zaczęło się dymić, naprawa zajęła mechanikowi tylko pięć minut. Przyjechał na miejsce ze śrubokrętem i po prostu odłączył wszystkie kable. Auto mogło jednak jechać dalej, resztę trasy przemierzyliśmy na pace razem z kogutem. Nasze oczy napawały się pięknymi widokami, gdy cztery litery przeklinały wszechobecne dziury.

Mieszkańcy Mwanzy to głównie muzułmanie, więc spotkaliśmy się z negatywną reakcją gapiów. Zażądali pieniędzy za parkowanie na ich terenie, piękna islamitka rzuciła się do stacyjki, by ukraść kluczyki. – Wracajcie do Musomy chrześcijanie – krzyczał pewien gość.

Tanzańczycy to naród biedny, ale zaradny. Całą drogą towarzyszył nam niejaki John, urzędnik państwowy. John ma taki dar przekonywania, że przez niemal 2 tys. kilometrów jechał za darmo, zjadł obiad, wypił kawę i dojechał taksówką do domu. Cała podróż wyniosła go pół dolara. Zawsze znajdował fundatorów, którym obiecywał oddać pieniądze. Szczerze mu zazdrościliśmy.

Inni mają łatwiej. W miasteczku Maganzo ludzie żyją w malutkich chatkach, dookoła których ziemia jest rozkopana. Mieszkańcy bowiem żyją na diamentach. W tygodniu rozkopują okoliczne grunty, w weekend latają do Dar es Salaam samolotami na zakupy, by wrócić do swoich skromnych chatek.

W Dar powitał nas deszcz i jegomość z kijem, który wciąż chodził za nami. Gdy uciekliśmy do restauracji ochrona go wyprosiła. Wtedy zaczęła się bójka rodem z filmu sensacyjnego. W końcu mężczyzna zostawił swój kij i uciekł. Nie chcieliśmy wzywać policji, bo tego samego dnia spędziliśmy godzinę przed komisariatem, gdy jednemu z współpasażerów w autobusie zginął laptop.

Policjant robił wszystko, by go nie znaleźć, więc trochę mu to zajęło. Tanzania to państwo chaosu!