Blogi turystyczne

A short description about your blog
Piotr Sionko

Pożegnanie z Afryką

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

Afryka postanowiła zaskakiwać nas do samego końca. Gdy jechaliśmy do centrum Nairobi nagle z naszego matatu zaczął uciekać „zbieracz pieniędzy”. Zaraz potem w samochodzie pojawił się policjant, wyrzucił jednego z nas, po czym rozsiadł się wygodnie obok kierowcy. Gdy matatu się zatrzymało, policjanci skuli kierowcę kajdankami, a puste auto pozostało na rondzie. Najprawdopodobniej prowadzący nie posiadali dokumentów. Pieniędzy nikt nie zamierzał nam zwracać.

Znaleźliśmy jedno podobieństwo pomiędzy Kenią a Polską. Powiedzenie zastaw się, a postaw się jest tu jak najbardziej na miejscu. Niektórzy Kenijczycy, chcą pokazać własną majętność, potrafią kupić 20 piw w knajpie na raz. Po ulicach mieszkańcy chodzą wystrojeni na zachodnią modłę, posiadają nowoczesne komórki. Nie dotyczy do tylko „europejskiego” Nairobi, ale także malutkich wiosek. Być może dlatego najprężniej rozwijającą się branżą kraju jest właśnie telefonia komórkowa.

.gallery { margin: auto; } .gallery-item { float: left; margin-top: 10px; text-align: center; width: 33%;} .gallery img { border: 2px solid #cfcfcf; } .gallery-caption { margin-left: 0; }

Nasza wyprawa zbliża się powoli do końca. Rozstanie z Afryką będzie trudne zwłaszcza dla naszych organizmów. Wracamy nie tylko do innego świata, ale do innej czaso-temperaturo-przestrzeni. Z 35 stopni C pora przestawić się na zaledwie 5.

Na razie nie możemy sobie tego wyobrazić.

PS. W odpowiedzi na pytanie na temat rozwoju kolei w Kenii i Tanzanii. W pierwszym kraju funkcjonuje słynne połączenie z Nairobi do Mombassy. 12 godzin drogi ciuchcią. W Tanzanii zwykle kolejki wąskotorowe. Jak pisaliśmy wcześniej, życie toczy się w matatu.


Piotr Sionko

Masajskie krowy i oszczędni Kikuyu

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

Po 15 godzinach drogi z Dar es Salaam dotarliśmy do Nairobi. Mieszkamy na osiedlu, które na pierwszy rzut oka wygląda na strzeżone. Wjazdu strzegą bowiem duża brama i miły strażnik. Dzielnica wcale nie jest niebezpiecznia, więc po co komu takie zabiegi?

Okazuje się, że co jakiś czas do Nairobi przybywają Masajowie z całym swoim dobytkiem, czyli stadami krów. Masaje są bardzo miło usposobieni, gorzej z krowami, które ostatnim razem poobgryzały naszym sąsiadom trawniki i żywopłoty. Innym razem Masajowie niemal wstrzymali ruch lotniczy pod Nairobi, przeprowadzając swoje krowy przez pas startowy.

Niegdyś, jeszcze przed przybyciem kolonizatorów Masajowie posiadali w Nairobi swoje ziemię. Później Brytyjczycy ustanowili sztuczny podział ziem wśród plemion. Większość z nich nie może się z tym pogodzić do dziś. Stąd powroty Masajów, konflikty etniczne na linii Kikuyu i Luo. Zresztą pochodzenie to jedna z ważniejszych rzeczy dla Afrykańczyków. - Jestem Peter, Luo - można usłyszeć z ust przedstawiającego się Kenijczyka.

Każde plemię to inne zwyczaje. Luo żyją głównie nad Jeziorem Wiktoria i mimo, że są jednym z większych plemion Kenii nigdy nawet nie współrządzili. Pierwszym premierem z Luo został po ostatnich zamieszkach Raila Odinga, ale stanowisko zostało utworzone specjalnie dla niego. Prezydentem jest Kikuyu, co doprowadza inne plemiona do szewskiej pasji.

Krew Luo płynie w żyłach Baracka Obamy, więc współbracia zakładają, że nadchodzi czas zmian. Tymczasem rządzący Kikuyu słynną z nieznanej na równiku umiejętności oszczędzania. - Postaw monetę na grobie Kikuyu, a jego duch wróci na ziemię i ją weźmie - brzmi przysłowie wrogich Luo. Większość ministrów pochodzi jednak z Kikuyu, co gorsza nie płacą podatków.

Wspomniani Masajowie to najbardziej komercyjne plemię, które można spotkać głównie w Tanzanii. Masajowie nie dają sobie w kaszę dmuchać. Za zdjęcia dla nas zażyczyli sobie 10 dolarów. Negocjacje skończyły się na 2 dolarach i zapalniczce. Krów nie zanotowano, widocznie trafiliśmy na nowoczesnych Masajów. Efekty poniżej.


Piotr Sionko

Zanzibar pelen uciech

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

Kilka dni spędziliśmy na Zanzibarze, w zupełnym odcięciu od świata. Jako zadeklarowani przeciwnicy komercji zrezygnowaliśmy z pięciogwiazdkowych hoteli i plaż pełnych europejskich turystek w sile wieku. Trafiliśmy wiec do obskurnego motelu w biednej dzielnicy głównego miasta na wyspie. Kilkanaście kilometrów od centrum znaleźliśmy piękna, pusta plaże, krystalicznie czysty ocean. Tak świętowaliśmy początek grudnia :)

Zanzibar to największa atrakcja turystyczna w okolicy. Modna głownie w USA, Włoszech i Niemczech. Mieszkańcy się cieszą, ale zdaniem niektórych speców od turystyki Zanzibar być może podzieli los kenijskiej Mombassy. Kenijskie miasto stało się centrum turystyki i uciech cielesnych. - Zostawcie nasze zony - można przeczytać na stolach w niektórych restauracjach Mombassy. Zanzibarczycy sa pewni swego, w końcu dominującą religią jest tu islam.

Poza tym na wyspie udalo nam sie trafic na zjawisko astronomiczne, ktore ma sie powtorzyc dopiero za 50 lat. Ksiezyc znalazl sie w zapewne interesujacej i przy okazji dziwnej dla nas fazie. Nie moglismy zrozumiec, czym sie tu emocjonowac, ale wygladalo to ciekawie. Zdjecia ponizej.

Pozdrawiamy grono czytelników, nie bójcie sie tak o nas. Postaramy sie wrocic bez egzotycznych zon.


Piotr Sionko

Tanzania od podszewki

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

Trzy dni jechaliśmy do Dar es Salaam, największego miasta Tanzanii. Pokonaliśmy całe państwo wszerz, od granicy do granicy.

Już w Mwanzie z naszego jeepa zaczęło się dymić, naprawa zajęła mechanikowi tylko pięć minut. Przyjechał na miejsce ze śrubokrętem i po prostu odłączył wszystkie kable. Auto mogło jednak jechać dalej, resztę trasy przemierzyliśmy na pace razem z kogutem. Nasze oczy napawały się pięknymi widokami, gdy cztery litery przeklinały wszechobecne dziury.

Mieszkańcy Mwanzy to głównie muzułmanie, więc spotkaliśmy się z negatywną reakcją gapiów. Zażądali pieniędzy za parkowanie na ich terenie, piękna islamitka rzuciła się do stacyjki, by ukraść kluczyki. – Wracajcie do Musomy chrześcijanie – krzyczał pewien gość.

Tanzańczycy to naród biedny, ale zaradny. Całą drogą towarzyszył nam niejaki John, urzędnik państwowy. John ma taki dar przekonywania, że przez niemal 2 tys. kilometrów jechał za darmo, zjadł obiad, wypił kawę i dojechał taksówką do domu. Cała podróż wyniosła go pół dolara. Zawsze znajdował fundatorów, którym obiecywał oddać pieniądze. Szczerze mu zazdrościliśmy.

Inni mają łatwiej. W miasteczku Maganzo ludzie żyją w malutkich chatkach, dookoła których ziemia jest rozkopana. Mieszkańcy bowiem żyją na diamentach. W tygodniu rozkopują okoliczne grunty, w weekend latają do Dar es Salaam samolotami na zakupy, by wrócić do swoich skromnych chatek.

W Dar powitał nas deszcz i jegomość z kijem, który wciąż chodził za nami. Gdy uciekliśmy do restauracji ochrona go wyprosiła. Wtedy zaczęła się bójka rodem z filmu sensacyjnego. W końcu mężczyzna zostawił swój kij i uciekł. Nie chcieliśmy wzywać policji, bo tego samego dnia spędziliśmy godzinę przed komisariatem, gdy jednemu z współpasażerów w autobusie zginął laptop.

Policjant robił wszystko, by go nie znaleźć, więc trochę mu to zajęło. Tanzania to państwo chaosu!



Piotr Sionko

Wyprawa na półmetku

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

puściliśmy Musomę, w której zakochaliśmy się bez wzajemności. W mieście położonym nad Jeziorem Wiktoria (z powodu występowania bakterii zaleca się w nim nie kąpać) złapały nas pierwsze choroby. Dwa tygodnie dały nam w kość, przed nami przejazd przez Singidę, Arushę aż do Dar es Salaam. Jedyną tanzańską autostradą niemal 2 tys. kilometrów.

Nim napiszemy o wiosce Masajów oraz polskim sybiraku, który wylądował w Tanzanii i pracuje jako masaż publikujemy kilka zdjęć na poprawę humoru. Nie możemy zrozumieć, dlaczego wszyscy narzekacie na śnieg :)


Piotr Sionko

Po Obamie czas na busz(a)

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

Trzy dni z rzędu spędziliśmy w buszu, czyli na tanzańskiej wsi. Jedna z rodzin ugościła nas tradycyjnym posiłkiem, dodajmy podstawowym pożywieniem najbiedniejszych. Brązowy kleik, który okazał się chlebem robionym z prosa, zamaczało się w zielonej mazi z ogórków. Do tego pieczone szprotki. Całość, spożywana rękoma, nie wzbudzała zaufania.

Poznaliśmy ludzkie problemy, których nie widać zza szyb jeepów. System rabinatu, ubóstwo, brak dostępu do bieżącej wody i elektryczności – wszystko to ma wpływ na szerzenie się wszechobecnych chorób. Królują AIDS i malaria.

Do domu zaprosił nas chłopak w naszym wieku. Jego historia to materiał na film. Stracił ojca chorego na AIDS, jego matka ciągle walczy z chorobą. George studiował w kenijskim Kisumu, dzięki wsparciu fundatora z zagranicy. Gdy tamten umarł, chłopak musiał wrócić do małego Shirati.

Razem z matką i babcią pomagają polskiemu księdzu prowadzić coś w stylu sierocińca. W trzech małych pomieszczeniach kłębią się malutkie dzieci. Białemu trudno jest pokonać barierę rasową. Dorośli wydają się sztucznie uśmiechać, tymczasem ich pociechy od razu wieszają się nam na szyjach. Ale i dla nich jesteśmy obcymi, czyli mzungu.

Zdobywamy ich zaufanie, kolor skóry przestaje być problemem. Wówczas zaciekawienie wzbudza kolor oczu. W Tanzanii wszyscy mają brązowe. My z naszymi niebieskimi czy zielonymi pozostajemy dla nich mzungu. – Pewnych granic nie da się pokonać – przekonywali nas polscy misjonarze z wieloletnim stażem w Afryce.

 


Piotr Sionko

Tanzania w rytmie dalala

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

Matatu w Kenii to tylko czyściec, podczas gdy tanzańska dalala (czyli miejscowy bus) to prawdziwe piekło. W drodze do granicy musieliśmy trzy razy zmieniać zaludnione busy. Dojechaliśmy do Sirari na granicy.

I nastał czas tęsknoty za Kenią. W tanzańskim samochodzie na 12 osób przez większość trasy jechało o dziesięć więcej. Gdy wchodziliśmy do dalala było już prawie pełne, odjechaliśmy dopiero 45 minut później, gdy przepełnienie sięgało zenitu.

Kilka słów o podróży. Kurczak cały czas gdacze i dziobie w plecy. Trzyletnie dziecko bawi się rozbabranym bananem na naszych spodniach i płacze wniebogłosy. Plastikowe miski pewnego pana wbijają się w szyję. Na kolanach trzymamy 20-kilowe bagaże, a o nie opierają się jeszcze dwie kobiety. Za plecami młoda mama karmi kilkumiesięczne dziecko, a starsza pani łupi kukurydze.

Nad głowami i pod nogami pasażerowie wiozą swój ekwipunek: całe kiści bananów, warzywa, miski i ubrania. Na koniec okazuje się, że i kierowca musiał zarobić na podróży. Na końcowym przystanku wyciągnął sześć kanistrów na paliwo, a z nich po kilka paczek papierosów.

Welcome to Tanzania!


Piotr Sionko

Babcia na końcu świata

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

Punkt kulminacyjny naszej wyprawy to oczywiście wioska Kogelo, gdzie urodził się ojciec Baracka Obamy. Ruszyliśmy wcześniej rano, świadomi problemów z komunikacją. Z Kisumu dojechaliśmy do pewnej wioski bez nazwy, gdzie kazano nam przesiąść się na inne matatu. Równikowa pogoda dała nam we znaki. Nie dało się oddychać, aż do pierwszego, w pełni równikowego, oberwania chmury.

- Only one kilometer – krzyczał starszy pan, który na siłę próbował pomóc. Jechaliśmy dwie godziny, by w końcu w niejakiej Niya dorwać rowerzystów. 45 minut wystarczyło, by zaznać równikowych uroków.

Dom babci Obamy jest ogrodzony, pilnuje go pięciu policjantów. 86-letnia Mama Sarah nie rozmawia po angielsku, więc potrzebny był tłumacz. Na szczęście babcia ma więcej anglojęzycznych doradców (bliskich i dalszych kuzynów Obamy) niż kur na podwórku. Krótka rozmowa z nią przypominała konferencję prasową w cieniu wielkiego drzewa.

Do domu pozwolono nam wejść dzięki przywiezionym prezentom. Sprawę załatwiła polska wódka. Niebawem zamieścimy film z egzotycznej podróży do Kogelo.

 


Piotr Sionko

Kisumu? Tylko z musu

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

W najbardziej znanej gazecie Kenii „Daily Nation” znaleźliśmy notkę o dwóch Polakach, którzy podróżują do odległego Kogelo, wioski rodzinnej Baracka Obamy. Woda sodowa nie zdążyła nam uderzyć do głowy. Po pierwsze twardo stąpamy po ziemi, wszystkie pieniądze ukryliśmy pod podeszwami. Po drugie Kisumu, trzecie pod względem zaludnienia miasto Kenii, sprawiało wrażenie niezbyt przyjaznego białym.

Wystarczyło osiem godzin jazdy z Nairobi, by przekonać się o różnorodności Afryki. Pojęcie drogi jest sporym nadużyciem w przypadku trasy do Kisumu. Nawet miejscowi przeklinali wszechobecne dziury. W Kisumu zamieszkaliśmy w „hotelu” na obrzeżach miasta. Nawet właściciel radził nam nie ruszać się poza pokój po zmroku.

Kisumu przypomina polską popgrowską wieś. Lepianki skupione są wokół dużego supermarketu, gdzie już rozpoczęły się święta Bożego Narodzenia. Na ulicach królują stoiska z lekko podstarzałą żywnością, wyblakłymi butami i zakurzoną odzieżą. Wszędzie siedzą ospali i brudni mężczyźni.

- Gdzie kobiety? – zapytaliśmy się miejscowych.
- Married, married – zaczęli żartować łamaną angielszczyzną.


Piotr Sionko

Ukłony w stronę sponsorów!

Dodany przez: Piotr Sionko

Tagowany w: Brak Tagów 

Właśnie zaktualizowaliśmy stronę, na której wymieniamy i raz jeszcze dziękujemy sponsorom naszej wyprawy.

Ślicznie dziękujemy takim firmom jak:
Dom z Duszą – sponsor główny
Interimax
Grupa Generali
Grupa gloria24.pl
Wydawnictwo Kolorowe


<< Początek < Poprzednia 1 2 Następna > Ostatnie >>