Dodany przez: AndrzejS
w 20 Kwi 2010
Tagowany w: Brak Tagów
Wiem, że te notki na temat przygotowań mogą być trochę nudne – wybaczcie. Ja sam już nie mogę się doczekać kiedy napiszę coś z Londynu.
Hotel już zarezerwowany. Będziemy mieszkać koło King's Road – więc miejsce dobre.
Teraz trzeba się uzbroić w cierpliwość- do wyjazdu 3 miesiące. Więc póki co notek nie będzie.
Dodany przez: AndrzejS
w 01 Lut 2010
Tagowany w: Brak Tagów
Wszystko idzie zgodnie z planem:) Udało mi się kupić dwa bilety z Katowic do Londynu w dobrej cenie. Opłaciłem od razu – a teraz czekamy. Wylot za cztery miesiące. Myślę, że nie ma się gdzie spieszyć- Noclegi zorganizuję za tydzień.
Ale się cieszę … :-) Nie ma to jak spontaniczny wylot na weekend, o którym nikt znajomy nie wie. Kompletnie nikt... :)
Dodany przez: njz.pl
w 11 Sty 2010
Tagowany w: Brak Tagów
| Od kilku lat z grupą przyjaciół organizujemy w ramach naszego Stowarzyszenia Land Rover Club PL różne, jak przypuszczam, dosyć ciekawe imprezy out door. Częstymi gośćmi są ludzie "zachodu". Widząc ich zachwyty nieskażonym pięknem pomorskiej przyrody, zacząłem zastanawiać się, gdzie ja, mieszkaniec Pomorza od kilku lat, a więc już o przytępiałym postrzeganiu tego piękna, mógłbym znaleźć coś, co pozwoli mi na podobne odczucia. Gdzie i ja mógłbym przeżyć swoją przygodę? |
|
Choć do niedawna uważałem, że w Polsce ciekawych miejsc dosyć jest na całe życie, postanowiłem podrapać się tam, gdzie mnie nie swędzi i zrobić "coś". To coś objawiło się jako dotarcie Land Roverem "gdzieś". Eliminując poszczególne wymyślone cele [bo - albo dojechać tam nie sztuka, albo jakaś dużo za duża woda po drodze] dotarłem do... książki Romualda Koperskiego
Potem minął jakiś czas, czas poświęcony na "nic nie robienie" w kierunku wyjazdu [tłumaczę to sobie i innym niesprzyjającymi warunkami pogodowymi - zimą na Syberię - to jak na pierwszy raz chyba za dużo]. Wreszcie pierwsze kroki, jeszcze bardzo ogólne, jakiś anons w Internecie, jakieś szukanie map, informacji, ludzi i aut chętnych na ten wyjazd [chętni są ludzie - auta muszą].
Wokół pomysłu przewinęło się parę osób, jedni rezygnowali bo: to prawie dwa miesiące..., inni, bo nagle, mimo początkowego zapału, gdzieś ulatywał z nich gaz . Nie wiem czy słyszeliście kiedyś taką piosenkę śpiewaną przez W. Młynarskiego o tytule: "Kolumbowie"?...
Byli tacy, co usprawiedliwiali swoje rezygnacje, byli tacy, co nie mówili nawet pocałuj mnie w nos, znikając nagle w codzienności [lub w konkurencyjnym wyjeździe, bogatsi o zdobytą przez nas wiedzę]. Nie wspomnę też o angielskiej załodze, która zrezygnowała z wyjazdu, gdyż w czasie treningu integracyjnego spali w leśniczówce, w której na 13 osób była jedna ... (sic!) jedna łazienka! O nich naprawdę nie wspomnę ....
LUDZIE
|
Teraz słów kilka o tych co mogą. Ruszamy w międzynarodowym składzie, oczywiście my Polacy [dwie załogi ], jedzie też załoga duńska, duńsko - niemiecka i wszystko wskazuje na to, że szwajcarska. W sumie 11 lipca ze Zbrojewa, bazy LRC PL, powinny wyjechać cztery Land Rovery i jeden Range Rover. Z Polski jadą dwa Land Rovery serii III, z Danii jeden Defender, mieszana duńsko - niemiecka załoga w Land Roverze serii II Forward Control i Szwajcar Range Roverem. |
TRASA
Trasa obliczona na 15 tys. kilometrów wiedzie przez Litwę, Łotwę, do Rosji. W Rosji dojeżdżamy do Peczory [ Ural], gdzie na terenie Peczorskiego Parku Narodowego, planujemy pierwszą parodniową bazę. Dalej po pokonaniu Uralu staramy się dojechać do rzeki Ob. A potem wzdłuż Obu na północ, tak daleko jak będzie to możliwe.
Jedziemy trochę jak odkrywcy [być może czytając te słowa po powrocie będę śmiał się sam z siebie]. Nieliczne informacje, które udało nam się zdobyć, są ze sobą często sprzeczne, i choć bywają tam nasi, to jednak nie wiemy nic o tym, by ktokolwiek pojechał tam samochodem. Jest to nowe doświadczenie, ale przez to nadaje całemu przedsięwzięciu dodatkowego smaku prawdziwej przygody.
CEL
| Pytano mnie często o cel wyjazdu, pytanie tyleż głupie, co wymykające się odpowiedzi. Bo co powiedzieć ? Czy jak wspinacze pytani o góry i cel łażenia po nich: dlatego że są, czy może coś innego, równie prawdziwego jak i banalnego ? Proponowano nam
( tak tak !), głównie w czasie rozmów z potencjalnymi sponsorami, czy dziennikarzami, różne wątki głównie historyczno-martyrologiczne, tak jakby sam fakt, że jest tam kawałek prawdziwej przyrody, że czeka tam przygoda, nie był godzien miana celu. |
|
Wątki historyczno-martyrologiczne odrzuciliśmy zdecydowanie, historia jest historią i każdy kraj ma swoją. Widziana z różnych stron, nie musi być taka sama, i najczęściej też nie jest ! Również i tu nie odpowiem, po co jedziemy! Albo czytającemu wyobraźni stanie na tyle, by to zrozumieć, albo nie, i żadne podpowiedzi tego nie zmienią.
KTO POMÓGŁ?
Po pierwsze zapał tych, co postanowili - JADĘ !!! Po drugie browar Van Pur. Wynikiem naszej współpracy oficjalna nazwa przedsięwzięcia "SYBERIA `99 VAN PUR EKSPEDYCJA". Dziękujemy za zrozumienie i wsparcie, przychylność i całą resztę, mamy nadzieje, że nie zawiedziemy oczekiwań naszych dobroczyńców z Van Pura.
Dalej, firma Land Serwis - Piotra Kowal i Krzysztofa Turchana, która gratisowo wyremontowała stareńki silniczek 29 letniego Land Rovera i za bardzo przyzwoitą cenę przygotowała jedno z naszych aut [a zaznaczyć należy, że ceny normalne mają już i tak bardzo przyzwoite, tak więc "nasza" przyzwoita stała się jeszcze bardziej przyzwoitszą], że nie wspomnę o obiadkach i kolacyjkach w miłym off-roadowym gronie Land Serwisu.
Opony dla polskich Land Roverów otrzymaliśmy od firmy Pirelli. Jedziemy więc na nowiutkich oponach LT 235/85R16 SCORPION A/T, a jak się spisały powiemy wszystkim zainteresowanym po powrocie..
Odzież dla polskich załóg zapewniającą komfort w warunkach syberyjskich przekazała firma JMP z Szaflar, a jej właściciel Pan Jan Piróg był pierwszym, który odpowiedział na naszą prośbę. W dodatkowe komplety odzieży wyposażyła nas również firma Akland. O tym, jak spisywały się podarowane ubrania też opowiemy.
Zupki, sosy, itp., czyli to co konieczne do przetrwania o pełnych żołądkach, otrzymaliśmy gratis od firmy Best Food, a resztę pomogła nam zakupić w sieci swoich marketów VIKI
firma Trapex z Gniezna.
Firma Cadbury wspomogła nas smakowitymi słodyczami.
O zdrowie i naszą znakomitą kondycję będzie dbał Marek - lekarz wyprawy, wspomagany apteczką wyposażoną przez łódzki Multimed.
Pewności siebie dodają nam ubezpieczenia osobowe i samochodów ufundowane
przez Brokerski Dom Ubezpieczeniowy MERYDIAN SA
Dziękujemy też dużej grupie osób, które prywatnie wspierały nas w poszukiwaniach informacji
i przygotowaniach.
Dalsze relacje w przyszłości! Życzcie nam powodzenia i szczęśliwego powrotu !
Zdjęcia z wyprawy:








Wpis oraz zdjęcia pochodzą ze strony: http://njz.pl/
Dodany przez: Piotr Sionko
w 20 Lis 2009
Tagowany w: Brak Tagów
Afryka postanowiła zaskakiwać nas do samego końca. Gdy jechaliśmy do centrum Nairobi nagle z naszego matatu zaczął uciekać „zbieracz pieniędzy”. Zaraz potem w samochodzie pojawił się policjant, wyrzucił jednego z nas, po czym rozsiadł się wygodnie obok kierowcy. Gdy matatu się zatrzymało, policjanci skuli kierowcę kajdankami, a puste auto pozostało na rondzie. Najprawdopodobniej prowadzący nie posiadali dokumentów. Pieniędzy nikt nie zamierzał nam zwracać.
Znaleźliśmy jedno podobieństwo pomiędzy Kenią a Polską. Powiedzenie zastaw się, a postaw się jest tu jak najbardziej na miejscu. Niektórzy Kenijczycy, chcą pokazać własną majętność, potrafią kupić 20 piw w knajpie na raz. Po ulicach mieszkańcy chodzą wystrojeni na zachodnią modłę, posiadają nowoczesne komórki. Nie dotyczy do tylko „europejskiego” Nairobi, ale także malutkich wiosek. Być może dlatego najprężniej rozwijającą się branżą kraju jest właśnie telefonia komórkowa.
.gallery { margin: auto; } .gallery-item { float: left; margin-top: 10px; text-align: center; width: 33%;} .gallery img { border: 2px solid #cfcfcf; } .gallery-caption { margin-left: 0; }
Nasza wyprawa zbliża się powoli do końca. Rozstanie z Afryką będzie trudne zwłaszcza dla naszych organizmów. Wracamy nie tylko do innego świata, ale do innej czaso-temperaturo-przestrzeni. Z 35 stopni C pora przestawić się na zaledwie 5.
Na razie nie możemy sobie tego wyobrazić.
PS. W odpowiedzi na pytanie na temat rozwoju kolei w Kenii i Tanzanii. W pierwszym kraju funkcjonuje słynne połączenie z Nairobi do Mombassy. 12 godzin drogi ciuchcią. W Tanzanii zwykle kolejki wąskotorowe. Jak pisaliśmy wcześniej, życie toczy się w matatu.



Dodany przez: Piotr Sionko
w 20 Lis 2009
Tagowany w: Brak Tagów
Po 15 godzinach drogi z Dar es Salaam dotarliśmy do Nairobi. Mieszkamy na osiedlu, które na pierwszy rzut oka wygląda na strzeżone. Wjazdu strzegą bowiem duża brama i miły strażnik. Dzielnica wcale nie jest niebezpiecznia, więc po co komu takie zabiegi?
Okazuje się, że co jakiś czas do Nairobi przybywają Masajowie z całym swoim dobytkiem, czyli stadami krów. Masaje są bardzo miło usposobieni, gorzej z krowami, które ostatnim razem poobgryzały naszym sąsiadom trawniki i żywopłoty. Innym razem Masajowie niemal wstrzymali ruch lotniczy pod Nairobi, przeprowadzając swoje krowy przez pas startowy.
Niegdyś, jeszcze przed przybyciem kolonizatorów Masajowie posiadali w Nairobi swoje ziemię. Później Brytyjczycy ustanowili sztuczny podział ziem wśród plemion. Większość z nich nie może się z tym pogodzić do dziś. Stąd powroty Masajów, konflikty etniczne na linii Kikuyu i Luo. Zresztą pochodzenie to jedna z ważniejszych rzeczy dla Afrykańczyków. - Jestem Peter, Luo - można usłyszeć z ust przedstawiającego się Kenijczyka.
Każde plemię to inne zwyczaje. Luo żyją głównie nad Jeziorem Wiktoria i mimo, że są jednym z większych plemion Kenii nigdy nawet nie współrządzili. Pierwszym premierem z Luo został po ostatnich zamieszkach Raila Odinga, ale stanowisko zostało utworzone specjalnie dla niego. Prezydentem jest Kikuyu, co doprowadza inne plemiona do szewskiej pasji.
Krew Luo płynie w żyłach Baracka Obamy, więc współbracia zakładają, że nadchodzi czas zmian. Tymczasem rządzący Kikuyu słynną z nieznanej na równiku umiejętności oszczędzania. - Postaw monetę na grobie Kikuyu, a jego duch wróci na ziemię i ją weźmie - brzmi przysłowie wrogich Luo. Większość ministrów pochodzi jednak z Kikuyu, co gorsza nie płacą podatków.
Wspomniani Masajowie to najbardziej komercyjne plemię, które można spotkać głównie w Tanzanii. Masajowie nie dają sobie w kaszę dmuchać. Za zdjęcia dla nas zażyczyli sobie 10 dolarów. Negocjacje skończyły się na 2 dolarach i zapalniczce. Krów nie zanotowano, widocznie trafiliśmy na nowoczesnych Masajów. Efekty poniżej.



Dodany przez: Piotr Sionko
w 20 Lis 2009
Tagowany w: Brak Tagów
Kilka dni spędziliśmy na Zanzibarze, w zupełnym odcięciu od świata. Jako zadeklarowani przeciwnicy komercji zrezygnowaliśmy z pięciogwiazdkowych hoteli i plaż pełnych europejskich turystek w sile wieku. Trafiliśmy wiec do obskurnego motelu w biednej dzielnicy głównego miasta na wyspie. Kilkanaście kilometrów od centrum znaleźliśmy piękna, pusta plaże, krystalicznie czysty ocean. Tak świętowaliśmy początek grudnia 
Zanzibar to największa atrakcja turystyczna w okolicy. Modna głownie w USA, Włoszech i Niemczech. Mieszkańcy się cieszą, ale zdaniem niektórych speców od turystyki Zanzibar być może podzieli los kenijskiej Mombassy. Kenijskie miasto stało się centrum turystyki i uciech cielesnych. - Zostawcie nasze zony - można przeczytać na stolach w niektórych restauracjach Mombassy. Zanzibarczycy sa pewni swego, w końcu dominującą religią jest tu islam.
Poza tym na wyspie udalo nam sie trafic na zjawisko astronomiczne, ktore ma sie powtorzyc dopiero za 50 lat. Ksiezyc znalazl sie w zapewne interesujacej i przy okazji dziwnej dla nas fazie. Nie moglismy zrozumiec, czym sie tu emocjonowac, ale wygladalo to ciekawie. Zdjecia ponizej.
Pozdrawiamy grono czytelników, nie bójcie sie tak o nas. Postaramy sie wrocic bez egzotycznych zon.






Dodany przez: Piotr Sionko
w 20 Lis 2009
Tagowany w: Brak Tagów
Trzy dni jechaliśmy do Dar es Salaam, największego miasta Tanzanii. Pokonaliśmy całe państwo wszerz, od granicy do granicy.
Już w Mwanzie z naszego jeepa zaczęło się dymić, naprawa zajęła mechanikowi tylko pięć minut. Przyjechał na miejsce ze śrubokrętem i po prostu odłączył wszystkie kable. Auto mogło jednak jechać dalej, resztę trasy przemierzyliśmy na pace razem z kogutem. Nasze oczy napawały się pięknymi widokami, gdy cztery litery przeklinały wszechobecne dziury.
Mieszkańcy Mwanzy to głównie muzułmanie, więc spotkaliśmy się z negatywną reakcją gapiów. Zażądali pieniędzy za parkowanie na ich terenie, piękna islamitka rzuciła się do stacyjki, by ukraść kluczyki. – Wracajcie do Musomy chrześcijanie – krzyczał pewien gość.
Tanzańczycy to naród biedny, ale zaradny. Całą drogą towarzyszył nam niejaki John, urzędnik państwowy. John ma taki dar przekonywania, że przez niemal 2 tys. kilometrów jechał za darmo, zjadł obiad, wypił kawę i dojechał taksówką do domu. Cała podróż wyniosła go pół dolara. Zawsze znajdował fundatorów, którym obiecywał oddać pieniądze. Szczerze mu zazdrościliśmy.
Inni mają łatwiej. W miasteczku Maganzo ludzie żyją w malutkich chatkach, dookoła których ziemia jest rozkopana. Mieszkańcy bowiem żyją na diamentach. W tygodniu rozkopują okoliczne grunty, w weekend latają do Dar es Salaam samolotami na zakupy, by wrócić do swoich skromnych chatek.
W Dar powitał nas deszcz i jegomość z kijem, który wciąż chodził za nami. Gdy uciekliśmy do restauracji ochrona go wyprosiła. Wtedy zaczęła się bójka rodem z filmu sensacyjnego. W końcu mężczyzna zostawił swój kij i uciekł. Nie chcieliśmy wzywać policji, bo tego samego dnia spędziliśmy godzinę przed komisariatem, gdy jednemu z współpasażerów w autobusie zginął laptop.
Policjant robił wszystko, by go nie znaleźć, więc trochę mu to zajęło. Tanzania to państwo chaosu!





Dodany przez: Piotr Sionko
w 20 Lis 2009
Tagowany w: Brak Tagów
puściliśmy Musomę, w której zakochaliśmy się bez wzajemności. W mieście położonym nad Jeziorem Wiktoria (z powodu występowania bakterii zaleca się w nim nie kąpać) złapały nas pierwsze choroby. Dwa tygodnie dały nam w kość, przed nami przejazd przez Singidę, Arushę aż do Dar es Salaam. Jedyną tanzańską autostradą niemal 2 tys. kilometrów.
Nim napiszemy o wiosce Masajów oraz polskim sybiraku, który wylądował w Tanzanii i pracuje jako masaż publikujemy kilka zdjęć na poprawę humoru. Nie możemy zrozumieć, dlaczego wszyscy narzekacie na śnieg 



Dodany przez: Piotr Sionko
w 20 Lis 2009
Tagowany w: Brak Tagów
Trzy dni z rzędu spędziliśmy w buszu, czyli na tanzańskiej wsi. Jedna z rodzin ugościła nas tradycyjnym posiłkiem, dodajmy podstawowym pożywieniem najbiedniejszych. Brązowy kleik, który okazał się chlebem robionym z prosa, zamaczało się w zielonej mazi z ogórków. Do tego pieczone szprotki. Całość, spożywana rękoma, nie wzbudzała zaufania.

Poznaliśmy ludzkie problemy, których nie widać zza szyb jeepów. System rabinatu, ubóstwo, brak dostępu do bieżącej wody i elektryczności – wszystko to ma wpływ na szerzenie się wszechobecnych chorób. Królują AIDS i malaria.
Do domu zaprosił nas chłopak w naszym wieku. Jego historia to materiał na film. Stracił ojca chorego na AIDS, jego matka ciągle walczy z chorobą. George studiował w kenijskim Kisumu, dzięki wsparciu fundatora z zagranicy. Gdy tamten umarł, chłopak musiał wrócić do małego Shirati.

Razem z matką i babcią pomagają polskiemu księdzu prowadzić coś w stylu sierocińca. W trzech małych pomieszczeniach kłębią się malutkie dzieci. Białemu trudno jest pokonać barierę rasową. Dorośli wydają się sztucznie uśmiechać, tymczasem ich pociechy od razu wieszają się nam na szyjach. Ale i dla nich jesteśmy obcymi, czyli mzungu.
Zdobywamy ich zaufanie, kolor skóry przestaje być problemem. Wówczas zaciekawienie wzbudza kolor oczu. W Tanzanii wszyscy mają brązowe. My z naszymi niebieskimi czy zielonymi pozostajemy dla nich mzungu. – Pewnych granic nie da się pokonać – przekonywali nas polscy misjonarze z wieloletnim stażem w Afryce.



Dodany przez: Piotr Sionko
w 20 Lis 2009
Tagowany w: Brak Tagów
Matatu w Kenii to tylko czyściec, podczas gdy tanzańska dalala (czyli miejscowy bus) to prawdziwe piekło. W drodze do granicy musieliśmy trzy razy zmieniać zaludnione busy. Dojechaliśmy do Sirari na granicy.
I nastał czas tęsknoty za Kenią. W tanzańskim samochodzie na 12 osób przez większość trasy jechało o dziesięć więcej. Gdy wchodziliśmy do dalala było już prawie pełne, odjechaliśmy dopiero 45 minut później, gdy przepełnienie sięgało zenitu.
Kilka słów o podróży. Kurczak cały czas gdacze i dziobie w plecy. Trzyletnie dziecko bawi się rozbabranym bananem na naszych spodniach i płacze wniebogłosy. Plastikowe miski pewnego pana wbijają się w szyję. Na kolanach trzymamy 20-kilowe bagaże, a o nie opierają się jeszcze dwie kobiety. Za plecami młoda mama karmi kilkumiesięczne dziecko, a starsza pani łupi kukurydze.
Nad głowami i pod nogami pasażerowie wiozą swój ekwipunek: całe kiści bananów, warzywa, miski i ubrania. Na koniec okazuje się, że i kierowca musiał zarobić na podróży. Na końcowym przystanku wyciągnął sześć kanistrów na paliwo, a z nich po kilka paczek papierosów.
Welcome to Tanzania!

